|
3
sierpień 2002 (sobota) godzina 17.03 – ze stacji PKP w Międzyrzecu
wyjeżdżamy na wyprawę w Bieszczady. Bieszczadzka ekipa liczy 12 osób:
Łukasz ps. GUCIO, Adam ps. ADAM, Rafałek ps. BOLO, Kamil ps. KAMIL,
Dawid ps. GAZIO, Rafał ps. PARAFIA (później KJETYN, a jeszcze później
KJETYN KJANAJEK), Damian ps. SIUSIAK, Paweł ps. SOPEL, Darek ps. ZOMBEK,
Bartosz ps. BARTOSZ, Karol ps. KAROL oraz Krzysio ps. DRUH. Jeszcze
tylko przesiadka o 19.30 w Warszawie Wschodniej na pociąg pospieszny,
odjeżdżający stąd o 19.53 i już 4 sierpnia 2002 (niedziela)
o godzinie 07.47 jesteśmy w Zagórzu,
potem godzinka przerwy i o 08.46 znowu odjeżdżamy pociągiem, tym
razem do Nowego Łupkowa (osiągamy go o 10.04). Atrakcją jest sam
przejazd pociągiem relacji Sanok – Humenne. Bardzo szybko zajęliśmy
miejsca w słowackich wagonach – wszyscy oczywiście mieli przez tą
godzinkę się zdrzemnąć, ale to, co było za oknami po prostu na to
nie pozwalało. Wszyscy jak jeden brat „dopadli” się do okien i cały
czas przez nie wyglądali. Lokomotywa spalinowa, która ciągnęła,
cztery słowackie wagony, toczyła się dosyć szybko po jedynym torze
na tej linii. Tor cały czas się zawijał – raz w prawo, raz w lewo,
tu mocniej, tam słabiej, wznosił się w górę, opadał w dół, ciągle
towarzysząc płynącemu niezwykle leniwie obok potokowi OSŁAWA. Nad
potokiem – jak gdyby nigdy nic – latały sobie czaple siwe, ptaki
drapieżne i bociany. Krajobrazy widziane z okien pociągu chyba u
wszystkich budziły żywe zainteresowanie, podobnie jak trasa pociągu,
który w paru miejscach musiał „przebijać” się przez gąszcz roślinności,
ocierającej się o wagony. Zainteresowanie budziły też rozwiązania
techniczne zastosowane przez Słowaków w ich wagonach. Przedziały można
było zamykać od środka, a z zewnątrz mógł je otworzyć tylko
konduktor. Drugą ciekawostką było to, że ciśnienie, z jakim wypłynie
woda przy umywalce zależy od siły nacisku na pedał nożny. Godzinka
szybko zleciała (niestety, bo większość z nas mogłaby jechać tym
pociągiem jeszcze bardzo długo) i znaleźliśmy się na stacji NOWY ŁUPKÓW.
Na pobliskim przystanku autobusowym zjedliśmy śniadanie, odwiedziliśmy
karczmę i przeprowadziliśmy zwiad. Na godzinę 11.30 udaliśmy się do
tutejszej parafii na mszę świętą, na której wszystkim bardzo chciało
się spać (niektórzy skorzystali z tej możliwości w kościelnych ławkach).
Bardzo fajny ksiądz... odprawił mszę w ciągu niespełna 45 minut.
Najlepsze było błogosławieństwo na zakończenie, gdy wszyscy ludzie
klęczeli, a my jako jedyni w kościele staliśmy (no cóż po prostu
inaczej jest u nas a inaczej tutaj). Zadowoleni po wypełnieniu
harcerskiego obowiązku wróciliśmy na przystanek. W związku z tym, że
dopiero o 15.59 mamy autobus, jesteśmy w komfortowej sytuacji, bo
dysponujemy dużą ilością wolnego czasu, który wykorzystujemy na
uzupełnienie niedoborów pokarmowych, a także odpoczynek na zielonej
trawce. Niektórzy zażywają również kąpieli słonecznej w
bieszczadzkim słońcu. Czas mija wolno, autobus opóźnia się kilka
minut, ale na szczęście przyjeżdża. Płacimy po 4,40 PLN za kurs do
Cisnej i mkniemy po bieszczadzkiej drodze. Wysiadamy w CISNEJ.
Robimy małe zakupy, a dalej piechotką z plecakami do DOŁŻYCY. Następnie
skręcamy na czarny szlak biegnący w dolinę dawnej wsi Jaworzec. Szlak
początkowo biegnie wzdłuż SOLINKI, do czasu, gdy zechce mu się nagle
i niezauważenie skręcić w prawo i wspinać po „piekielnie”
stromych stokach FALOWEJ (965 m n.p.m.). W lasach przy Falowej przeważają
świerki i jodły, co jest nietypowym zjawiskiem w bieszczadzkich
lasach, porośniętych w większości bukiem. Następnie idziemy przez
CZERENINĘ (981 m n.p.m.) i dalej bokiem KICZERY, tzw. "siodełkiem"
pod Kiczerą (930 m n.p.m.).
Niejednokrotnie
w czasie marszu ktoś tracił siły fizyczne i wiarę we własne możliwości.
Lecz w górach tak jak w życiu – nie zawsze łatwo. Schodzimy w dolinę
Jaworca. Po przejściu potoku WETLINA, na stoku, jest widoczna bacówka
PTTK „Moskałówka”. Część uczestników naszej wyprawy na 20
minut przed dojściem do bacówki zupełnie traci siły, jednak po krótkim
odpoczynku za mostem nad Wetliną, połączonym ze zjedzeniem kolacji,
na szczęście je odzyskuje. Po odpoczynku mijamy jeszcze piece do
wypalania węgla drzewnego i baraki mieszkalne pracowników. Niegdyś w
Bieszczadach widok dymiących mielerzy był codziennością.
W drodze wyprzedzamy dwóch górali, pracujących przy wypalaniu (idą
do gaździny na piwo), wymieniamy z nimi parę słów i wreszcie kilkanaście
minut po godzinie 20.00 docieramy do schroniska. Przystępujemy do
rozbicia pałatek na stoku przy bacówce (niektórzy bardzo
nieporadnie). Czynności te kończymy już głęboko po zachodzie słońca.
Po przygotowaniu posłań idziemy jeszcze na kolacyjkę. Wchodzimy do małego
pomieszczenia w bacówce („izby”), w którym panuje dosyć ciekawy
klimat: nie wchodzi się tu w butach, a zostawia się je w przedsionku
(mało kto to zauważył i większość z nas „wlazła” do izby w
buciorach); brakuje światła – świecą się tylko dwie żarówki, co
stwarza miłą atmosferę; Łukasz, który obsługuje okienko jest
bardzo miły, wszyscy mówią mu po imieniu; chwila, kiedy wydawane są
zamówione potrawy jest oznajmiana dźwiękiem z jakiegoś instrumentu;
wrzątek można otrzymać za darmochę, co wszyscy oceniają jak
najbardziej pozytywnie. Po posiłku jest jeszcze chwila na toaletę
wieczorną, a później wszyscy układają się do snu... snu gdzieś na
górskim stoku, wśród szumu wody, dochodzącego z potoku oraz
wieczornych śpiewów świerszczy, w towarzystwie bezchmurnego,
granatowego nieba z pięknie rozsypanymi i jeszcze piękniej widocznymi
gwiazdami... Niestety księżyc jest już niewidoczny, ponieważ za
kilka dni będzie nów.
5
sierpień 2002 (poniedziałek) zaczynamy pobudką około godziny
8.00. Wyszedłszy z pałatki, poza słońcem pięknie wylewającym swoje
promienie po stokach górskich, moim oczom ukazał się niespotykany
widok. Pałatka, pod którą spali SOPEL i ZOMBEK wyglądała tak jakby
wystawiła język, kiedy podszedłem bliżej okazało się, że jest to
część SOPLA (od nóg do pasa), która po prostu „wyjechała” z pałatki.
Ci, którzy to widzieli mieli chwilę radości z samego rana.
Najciekawiej przedstawiałaby się sytuacja, w której po pobudce nie byłoby
paru osób, a znaleźlibyśmy je kilka minut później pod schroniskiem
śpiących w swoich śpiworkach tak jakby nigdy nic. Na szczęście
wszyscy byli obecni. Śniadanie, a po nim mkniemy piechotką (co poniektórzy
po wczorajszej wędrówce nie mkną, a wręcz się ociągają) na najbliższy
przystanek autobusowy w okolicy Kalnicy, wcześniej dokonując zakupów
w miejscowym sklepie, w którym ceny były naprawdę górskie, tak samo
jak „górska” była ekspedientka – polecam sprawdzić na własnej
osobie. Na przystanku dzielimy się na dwie grupy: Isza to ci, którzy
mają siły i chcą iść dalej, a IIga to ci, którzy chcą lub muszą
dalej jechać. Uczestnicy Iszej grupy (DRUH, ADAM, PARAFIA, BOLO) poszli
w kierunku czerwonego szlaku (nazywanego Głównym Szlakiem
Bieszczadzkim). Po kilkuset metrach osiągnęliśmy punkt „poboru opłat
za wstęp do Parku” (po 2 PLN od osoby), a następnie przeszliśmy
przez most nad potokiem WETLINA. Kilka metrów dalej przepływał mały
potoczek KINDRAT, którym weszliśmy do Wetliny, aby skorzystać ze
zbawiennej dla stóp kąpieli w dosyć chłodnej wodzie. Po około 10
minutach powędrowaliśmy dalej i ponad dwugodzinną wspinaczkę po
stoku zakończyliśmy na szczycie SMEREK (1222 m n.p.m.), gdzie mogliśmy
dłużej odpocząć. Muszę wspomnieć, że w drodze na Smerek po raz
pierwszy w czasie naszej bieszczadzkiej wyprawy zobaczyliśmy wyższe
partie Bieszczadów wyniesione ponad lasami, ponieważ Bieszczady są
jedynymi górami w Polsce, gdzie wyróżniamy trzy piętra roślinne piętro
pogórzy, czyli dolin, sięgające 700 – 800 m n.p.m., piętro regla
dolnego, sięgające do 1150 m n.p.m. oraz piętro połonin, czyli łąk
wysokogórskich. Dotychczas udało nam się wędrować tylko do wysokości
niespełna 1000 m n.p.m., a więc nie mieliśmy okazji być na nie
zalesionych partiach gór. Dopiero tu zobaczyliśmy połoniny oraz
przepiękne bieszczadzkie krajobrazy. Pod Smerekiem trzeba było jeszcze
dość mocno się natrudzić, bo wejście na szczyt jest po prostu
strome. Już na nim ukazuje się naszym oczom metalowy krzyż o wysokości
około trzech metrów. Przybywający na szczyt turyści wkładają w
pustą konstrukcję krzyża kawałki podpisanych przez siebie skał.
Dodać należy, że krzyż jest pomazany takimi podpisami praktycznie w
każdym miejscu (poważny turysta nie robi takich rzeczy). Po około 30
minutach wyruszyliśmy dalej, by dojść do PRZEŁĘCZY ORŁOWICZA (1075
m n.p.m.), i rozpocząć wędrówkę po POŁONINIE WETLIŃSKIEJ
i zdobyć HNATOWE BERDO
(1253 m n.p.m.), które jest najwyżej położonym punktem Połoniny
Wetlińskiej znajdującym się na trasie szlaku; obok niego (poza
szlakiem) znajduje się ROH (1255 m n.p.m.). Po niespełna godzinie
dotarliśmy do Schroniska „Chatka Puchatka” będącego najwyżej położonym
schroniskiem w Bieszczadach – 1228 m n.p.m. Dla informacji warto podać,
że np. woda mineralna kosztuje tu 5 zł, a Gorący Kubek 3 zł; w
schronisku dyżurują również ratownicy GOPR-u. Po przerwie schodzimy
już z Połoniny Wetlińskiej do Brzegów Górnych, by stamtąd pojechać
busem (2,50 PLN) do Ustrzyk Górnych.
Chłopaki
z II-giej grupy pojechali z przystanku w Kalnicy od razu do Ustrzyk Górnych
busem (3,00 PLN). Starsi mieli za zadanie wyszukać dobre i tanie pole
namiotowe na nocleg. Szczerze mówiąc znaleźli chyba „najlepsze”
pole w Ustrzykach Górnych – kawałek mokrej ziemi za barem „U
Lacha” (odwiedzającym Ustrzyki Górne polecam sprawdzić bar „U
Lacha” – 2-gi po lewej stronie drogi w kierunku Ustrzyk Dolnych, ok.
100 metrów od „centrum”) – koszt pola 4,00 PLN, później zmalał
do 2,00 PLN. Wydarzenia z tego pola namiotowego przemilczę – dodam
tylko, że szklanka wrzątku kosztowała tu złotówkę.
6
sierpień 2002 (wtorek). Po pobudce i śniadaniu przenieśliśmy się
na inne miejsce – pole na podwórku przy pierwszym domu za kościołem
i plebanią. Właścicielka okazała się bardzo miłą osobą, a
warunki w porównaniu do wczorajszego pola były doskonałe (czysty WC,
umywalnia, wrzątek za darmochę), włącznie z ceną (3,00 PLN za dobę
– w sumie po 6,00 PLN od osoby). Przez chwilkę rozbijaliśmy pałatki
i wkładaliśmy do nich bagaże. Następnie w gronie chętnych (GUCIO,
ADAM, BOLO, GAZIO, SOPEL, BARTOSZ, KAROL i DRUH) udaliśmy się do
Rejonowej Stacji Bieszczadzkiej Grupy Górskiego Ochotniczego Pogotowia
Ratunkowego (GOPR), by popatrzeć jak działają ratownicy GOPR-u,
popytać, jakie mają akcje ratownicze, a także obejrzeć sprzęt, którym
się posługują. Przywitał nas sam Naczelnik Bieszczadzkiej Grupy GOPR
Jerzy Żak. Wizyta potrwała ponad godzinę (myślałem, że zajmie nam
około 10-15 minut, ale ratownicy okazali się niezmiernie fajnymi ludźmi).
Po wizycie udaliśmy się do „centrum” Ustrzyk Górnych, gdzie dołączyli
do nas PARAFIA, SIUSIAK i KAMIL. W ich towarzystwie udaliśmy się
czerwonym szlakiem (kupując przy wejściu do Bieszczadzkiego Parku
Narodowego wejściówki po 2,00 PLN) z zamiarem zdobycia Tarnicy. Szliśmy
(stałym tempem) niezwykle malowniczą ścieżką dydaktyczną „Śnieżyca
wiosenna” przez szczyt o wysokości 1243 m n.p.m., SZEROKI WIERCH
(1268 m n.p.m.) i szczyt 1315 m n.p.m., do przełęczy 1275 m n.p.m., skąd
powędrowaliśmy żółtym szlakiem na TARNICĘ (1346 m n.p.m.). Po około
40 minutach wróciliśmy ze szczytu na przełęcz, skąd I-sza grupa
(GUCIO, BOLO, KAMIL, GAZIO, SIUSIAK, SOPEL, BARTOSZ i KAROL) ruszyła
niebieskim szlakiem (ścieżka dydaktyczna „Orlik Krzykliwy”) do Wołosatego,
a później do Ustrzyk Górnych na pole namiotowe (na stopa i busem).
II-ga grupa (ADAM, PARAFIA i DRUH) poszła dalej czerwonym szlakiem pod
KOPĄ BUKOWSKĄ 1320 m n.p.m., na HALICZ 1333 m n.p.m. i ROZSYPANIEC
1280 m n.p.m., później na PRZEŁĘCZ BUKOWSKĄ i ośmiokilometrową
drogą przez las do Wołosatego, a dalej busem za 3,00 PLN do Ustrzyk Górnych.
ZOMBEK w dniu dzisiejszym wypoczywał na polu... namiotowym oczywiście.
7
sierpień 2002 (środa). Dzisiaj wstaliśmy zdecydowanie później
niż zwykle. Pogoda nie skłaniała do radości – dosyć chłodno,
szczyt Połoniny Caryńskiej otulony chmurami, zbierało się na
deszczyk. Warunki zewnętrzne sprzyjały pozostaniu na polu namiotowym,
ewentualnie wyjściu na jakieś zakupy. Zjedliśmy śniadanie i pogadaliśmy
trochę o planach na dzień dzisiejszy (opcja: pole namiotowe), później
każdy znalazł sobie zajęcie – jedni grali w „noża”, drudzy
poszli nad potok... Około godziny 11.00 ekipa w składzie GUCIO, ADAM,
BOLO, PARAFIA i DRUH podjęła decyzję, aby zorganizowaniu jeszcze jedną
wędrówkę (w końcu pogoda nie jest najgorsza i trzeba ten wolny czas
na coś wykorzystać, dlaczego nie na chodzenie po górach). Dotychczas
nie zdobyliśmy jeszcze tylko jednego odcinka Głównego Szlaku
Bieszczadzkiego, a mianowicie POŁONINY CARYŃSKIEJ. Ruszyliśmy więc
na jej podbój. Zanim dotarliśmy do szlaku przy sklepie spotkaliśmy
znajomy samochód (GOPR-owski Land Rover), a w samochodzie znajomą
twarz – poznanego wczoraj ratownika, który udawał się na Połoninę
Wetlińską, by tam pełnić dyżur.
Chwila rozmowy, parę życzliwych słów i idziemy dalej. Po przejściu
nad potokiem WOŁOSATY dotarliśmy wreszcie do miejsca, gdzie zaczynał
się szlak – punkt kasowy (kolejne 2,00 PLN). Przy potoku byliśmy świadkami
dosyć ciekawej sytuacji – kobieta i mężczyzna w wieku już chyba
ponad 60 lat przechodzili sobie po kamieniach w potoku (kto wie może
przypominali sobie czasy kiedy byli tacy jak my) i w pewnym momencie,
chwila nieuwagi... pani... kamień... ślisko... z torebką... w
ubraniu... chlup... do wody... My oczywiście poważni, gotowi pomagać,
a tu towarzysz wyprawy jak RYCERZ odwrócił się, aby pomóc DAMIE
wygrzebać się z potoku. To, że wszystko jest na pewno w porządku
oznajmiła nam sama DAMA wydając z siebie „głos radości” w
postaci śmiechu. Kiedy RYCERZ zupełnie wyciągnął DAMĘ z wody,
poszliśmy dalej i też – już w bezpiecznej odległości – wydaliśmy
z siebie „głos radości”... Czerwony szlak prowadził pod szczytem
o wysokości 1107 m n.p.m., na szczyt 1239 m n.p.m., skąd mogliśmy
popatrzeć na Ustrzyki z góry. Za pomocą lornetki dostrzegliśmy nasze
pole namiotowe. Po obserwacji zjedliśmy posiłek, napiliśmy się i ułożyliśmy
się szczycie, by odpocząć. Przy okazji wizyty na Połoninie Caryńskiej
zacytuję garstkę wyrażeń, które dało się słyszeć najczęściej
na szczytach: „kurcze, mam zasięg”, „ty, patrz mam zasięg, no,
ha ha ha ha ja też”, „moja kochana komórka”, (30% obszaru
Bieszczad jest pokryte siecią komórkową). Dlatego skomórkowani
wykorzystywali ten czas na rozmowy i wysyłanie SMS-ów. Ze szczytu
udaliśmy w dalszą drogę. Po 15 minutach GUCIO i BOLO zeszli z Połoniny
Caryńskiej zielonym szlakiem na PRZEŁĘCZ WYŻNIAŃSKĄ (855 m
n.p.m.), a reszta poszła dalej Połoniną na wysokość 1297 m n.p.m.,
by pod szczytem 1245 m n.p.m. też zejść z Caryńskiej, tylko tyle, że
do Brzegów Górnych. Wszyscy po zakończeniu wędrówki złapali
„stopa” i w dość krótkim czasie zjawili się na polu namiotowym.
Następnie odwiedziliśmy sąsiadujący z nami potok; byliśmy tu ponad
godzinę, a niektórzy zdecydowanie dłużej. Wieczorem poszliśmy na
„Kolorowe Lato”, po nim jeszcze tylko spotkanie całej ekipy
bieszczadzkiej, toaleta i cisza nocna.
8
sierpień 2002 (czwartek) – ostatni dzień w Bieszczadach. Pobudka
o 6.00, szybkie składanie pałatek, i 6.50 jesteśmy już w
„centrum” Ustrzyk Górnych, gdzie czekamy na autobus do Ustrzyk
Dolnych. Pakujemy się do nowiuśkiego AUTOSAN-a, bagaże do bagażnika,
a my do środka. Ponad godzina drogi, którą większość wykorzystuje
na drzemkę. Wysiadamy przy stacji kolejowej w Ustrzykach Dolnych i
wchodzimy do środka. Do 10.59 czekamy tu na pociąg do Zagórza. W
grupach idziemy kupić sobie coś na śniadanie i pozwiedzać trochę
miasto. Pociąg opóźnia się 20, a potem do 35 minut. Po 12.40 jesteśmy
w Zagórzu. Tutaj podobnie mamy sporo wolnego czasu. Niektórzy jeszcze
piszą i wysyłają kartki pocztowe, inni zaopatrzają się w jedzonko
na podróż do domu. ADAM, PARAFIA, GUCIO, BOLO, RAFAŁ, ZOMBEK i DRUH
korzystając z czasu idą zwiedzić ruiny klasztoru. Początkowo dosyć
długo szukaliśmy drogi dojścia, raz zaszliśmy za daleko, później
za blisko, ale udało nam się jakoś dojść do potoku Osława,
przeszliśmy go i udaliśmy się w dalszą drogę, po 10 minutach marszu
klasztor zamiast przybliżać oddalał się. Ktoś wreszcie wpadł na
dobry pomysł i musieliśmy wrócić z powrotem przed potok. Dalsza
droga była już tą właściwą. Po 30 minutach przekroczyliśmy bramę
klasztoru.
Można by dużo pisać o tym miejscu – sam czułem się tu tak średniowieczny
mnich. Pierwszy raz w życiu widziałem ruiny tak wielkiej budowli i
powiem tylko, że bardzo mi się tu podobało. Zresztą wszystkim
polecam odwiedzenie ruin, zwłaszcza, że klasztor jest obecnie
restaurowany.
Wróciliśmy
z powrotem na stację – tym razem już zdecydowanie „prostszą”
drogą. Mamy jeszcze chwilkę czasu i ponad godzinę przed odjazdem
pakujemy się do wagonów. Wyjeżdżamy o 18.23. Nasz pociąg jedzie
m.in. przez Krosno, Jasło, Rzeszów, Leżajsk, Sandomierz, Ostrowiec Świętokrzyski,
Skarżysko Kamienną i Radom. W nocy oczywiście większość z nas śpi.
Muszę pochwalić konduktora, bo po kontroli biletów przed 23.00 następna
była ok. 05.00. W czasie przejazdu przez Warszawę chłopaki żywo
interesują się GRAFFITI – co ciekawszym nawet robią zdjęcia. Do
Warszawy Wschodniej dojeżdżamy o 6.46 już w piątek – 9 sierpnia
2002. Mamy 12 minut na przesiadkę. Oczywiście nie musieliśmy się
jakkolwiek spieszyć, bo pociąg relacji Szczecin – Terespol ma 30
minutowe opóźnienie. Radośnie oczekujemy na pociąg – radośnie, bo
wszyscy ludzie z peronu patrzą się tylko na nas, tak jakby nie
widzieli innych ludzi, których jest naprawdę dużo. Kto nie wie
dlaczego się na nas patrzą, niech pojedzie sobie do Warszawy z grupą
chłopaków, mających kanarkowe włosy (myślę, że niektórzy nawet
się nas obawiali). Pociąg przyjechał i wsiedliśmy do wagonu.
Wyjechaliśmy z Warszawy o 7.30, w Międzyrzecu byliśmy o 09.25. I
tutaj zakończyliśmy naszą bieszczadzką wyprawę.
Kilkanaście
dni po wyjeździe ciągle mam przed oczyma migawki tych miejsc, w których
byliśmy i tych chwil, które udało nam się przeżyć razem. Szczerze
mówiąc, to jeszcze nie raz mógłbym wybrać się na taką wędrówkę
– są to naprawdę niezapomniane chwile. Pociąg z Zagórza do Nowego
Łupkowa..., plecak ZOMBKA..., schronisko na „Moskałówce”...,
pierwszy widok połonin..., wejście na Smerek..., przyjaźni ludzie na
szlakach..., Kolorowe Lato..., Tarnica..., wiaterek na Haliczu...,
ROZSYPANIEC!!!..., długa droga z Ukrainy do Wołosatego..., PARAFIA z
czekoladką...
Rady
praktyczne:
„Jeżeli
śpisz w pałatce na stoku, nie układaj się do snu wzdłuż tylko w
poprzek stoku, bo wyjedziesz jak SOPEL”.
Ceny
na polach namiotowych są dość niskie (trzeba dobrze szukać). Pól
jest bardzo dużo. Autobusy
Grupy Connex Sanok są także dość tanie – w wakacje obowiązuje zniżka
handlowa (bilety są prawie 2 razy tańsze niż normalnie), firma
oferuje też 7-dniowy bilet sieciowy na wszystkie autobusy tej Grupy w
Bieszczadach za 49,00 PLN (uczniowie i studenci płacą 29,00 PLN).
Autobusy jeżdżą dość często. BUS-y
jeżdżą częściej, ale są troszkę droższe od autobusów. Jak
nie mamy pieniędzy, możemy trochę postać przy drodze i spróbować złapać
„stopa” – zapewniam, że tutaj są do tego dobre warunki (przyjaźni
i mili ludzie za „kółkiem”). Najlepszym
miejscem startowym do wypraw w wyższe partie Bieszczad są Ustrzyki Górne.
Ekwipunek
oczywiście należy zabierać jak najmniejszy, jeżeli chce się z nim
chodzić po górach. Woda
mineralna to niezbędna rzecz na szlaku (na Wetlinie Caryńskiej poszły
mi 2 butelki 1,5 litrowe). Jedzenie
jest dosyć drogie, bo na wioskę przypada czasem 1-2 sklepy, a towar
trzeba dowieźć. Kiełbasa zwyczajna u nas kosztuje około 12,00 PLN, a
tu jest 6-8 złotych droższa. Trzeba przyznać, że w górach przecież
jeść się chce. Wędrując
po szlaku polecam porozglądać się „czasem” na prawo i lewo –
nie zmarnuj tych widoków. NAJWAŻNIEJSZE
– Bieszczady to też GÓRY, żeby Ratownicy z GOPR-u nie
interweniowali potrzebna jest WYOBRAŹNIA – bez niej nie wychodź na
szlak.
|
|
foto
(opis + powiększenie) |
|
 |
|